„Bang Bang” to trzyminutowa etiuda filmowa, której rdzeniem jest zabawa konwencją i stylizacją — nawiązująca do kultowego Westworld, ale z przymrużeniem oka. Choć historia opowiedziana w filmie toczy się w świecie westernowego symulatora, który zaczyna się psuć, w rzeczywistości była to produkcja w pełni niezależna, zrealizowana bez budżetu, ale z ogromnym zaangażowaniem.
Mój udział jako kierownika produkcji objął pełen zakres działań organizacyjnych i logistycznych – od koncepcji, przez koordynację ekip, po finalne przygotowanie planu zdjęciowego. Projekt pokazał, jak skutecznie połączyć profesjonalne standardy pracy z ograniczonymi środkami, opierając się wyłącznie na pasji i dobrej współpracy zespołu.
Film, który nie powinien powstać… a jednak powstał.
To była produkcja, jakiej się nie zapomina. Trzyminutowa etiuda inspirowana Westworld, zrobiona w całości non-profit, ale z pełnym zaangażowaniem i sercem większym niż budżet.
Wszystko zaczęło się od scenariusza Darii – dziwnego, nieoczywistego, z pętlą czasu i westernową melancholią. Szybko stało się jasne, że trzeba to zrobić. I że nie będzie łatwo. Ale co z tego?
Jako kierownik produkcji wszedłem w temat od A do Z. Preprodukcja, organizacja planu, zespół, aktorzy, terminy, lokacje, catering, umowy, harmonogramy, komunikacja z pionami – wszystko toczyło się równolegle, czasem zderzało się ze ścianą, ale zawsze jakoś szło do przodu. Aż w końcu stanęliśmy wszyscy na planie, z kamerą, blendą, pizzermanem i… szczyptą nadziei, że się uda.
I się udało.
Mimo jednej lokacji, która była otwarta tylko do 16:00. Mimo aktorów dojeżdżających z różnych miast. Mimo deszczu i braku prądu tam, gdzie był najbardziej potrzebny. Każdy wiedział, co robi. A jak nie wiedział – to się dowiedział, a potem jeszcze pomógł komuś innemu.
To był plan z duszą.
Zrobiony przez ludzi, którzy przyszli nie po fakturę, tylko po frajdę.
I wyszli z niego z poczuciem, że zrobili coś naprawdę swojego.










